Podczas calej wycieczki Love sprawowal się bardzo ladnie (tylko czasem mnie denerwował). Wszystko zaplanowane i zabudżetowane :D:D:D. Najgorsza przygoda była rano jak tylko przyszliśmy na peron. Pociag był extra luksusowy i wygodny, ale okazalo się ze wszystkie miejsca są zarezerwowane. Love nie był Az taki bystrzak, żeby zarezerwowac nam siedzonka. Szybko się zrewanżował, bo przebiegl caly pociąg aż się za nim kurzyło, ale upolował nam ładne siedzonka. I już za 4 godziny i 41 minut byliśmy w Edynburgu – w Szkocji. Szkoci uważają się za oddzielny kraj. Nie chcę mieć za wiele wspólnego z Anglikami (to mnie jakoś nie dziwi :P). Ta część Wielkiej Brytanii jest zdecydowanie ładniejsza – zielona, mniej zatłoczona, mniej zaśmiecona, uśmiechnięta. Rosną kwiaty, w parkach nie trzeba się przepychać, no i jak się staje na szkockim pagórku to czuje się taki fajny wiatr od Morza Północnego. A najśmieszniejsze są te owce i króliki wszędzie, wszędzie, wszędzie i trawa trawa trawa trawa trawa trawa trawa trawa trawa trawa …
Tak czy inaczej… w Edynburgu udało nam się wspiąć na górę z której widać całe miasto, zobaczyć zamek i posłuchać grajków grających na kobzach. No i oczywiście ludzi chodzących w kiltach. Widzieliśmy muzeum whisky i symulacje produkcji „szkockiej kraty”. Poza tym stare miasto (wpisane na listę UNESCO) jest pełne wąziutkich uliczek (szerokich na rozłożenie rąk), które często są schodkowe.
Obowiązkowym punktem wycieczki było Glasgow. Pojechaliśmy tam głównie w celach towarzyskich, bo Love chciał się spotkać z Laurą, która była razem z nami w CC a ja koniecznie chciałam się spotkać, na dawno umówioną herbatke u Łopatka!!!

Ostatni dzień podróży był chyba najprzyjemniejszy – pojechaliśmy nad morze!!! W St. Andrew’s było śliczne słońce, piaszczysta plaża, ruiny zamku – bajka. To małe miasteczko na północy słynie z tego, że tam narodził się golf, więc mimo, że wieje (żeby gorzej nie powiedziec… ) jak w Kieleckiem ludzie twardo chodzą z wózeczkami z kijami i w smiesznych spodniach i grają:-)
Nie starczy mi już czasu ani weny twórczej, żeby Wam opisać jak bardzo mi się podobało w Szkocji. Chyba najbardziej to, że nie jest taka bezosobowa jak Londyn. Polecam gorąco.





